Już na samym początku rządów dał cywilom jasno do zrozumienia, że jako główny obrońca wioski nadzorował wiele ważnych projektów. Nie był przecież zwykłym ninja walczącym dla samej walki. Uważał się za Twórcę. Wizjonera. Bohatera, który codziennie narażał życie w imię większego dobra. Dlatego nie wypadało zawracać mu głowy błahostkami. Sztuka wymagała perfekcji. Perfekcja wymagała czasu. Mawiał, za każdym razem, gdy ktoś posądzał go o niewypełnianie obowiązków. Do rozstrzygania wszelkich bieżących sporów lub ewentualnych niedogodności został powołany specjalny sztab, składający się z kompetentnych, zaufanych ludzi.
Wszyscy o tym wiedzieli. Wszyscy, oprócz tej irytującej baby.
Kobieta otarła obwisłe policzki lnianą chusteczką i wydmuchała głośno nos. Wzniosła wodniste oczy, a jej niepewny uśmiech odsłonił szczątki sczerniałych zębów. Miała na sobie prostą suknię bez rękawów, wykonaną z dobrego gatunkowo materiału o kwiecistym wzorze. Tłuste ciało niemal wylewało się z prostego krzesła ustawionego przy biurku.
– Tak. Bardzo dziękuję, że mnie pan wysłucha, panie kapitanie Yamanaka. – Pokiwała energicznie głową, a po policzkach znów spłynęły łzy. Pasmo czarnych włosów uwolniło się spod ciasnego koka, opadając na lśniące potem czoło. – Ja to już nie wiem, co robić. Rozmawiałam z tymi pana sługusami…
– Asystentami – poprawił ją od niechcenia, wodząc palcem po krawędzi czarki zdobionej malunkami liści klonu.
Czasami podziwiał własne niewyczerpywane pokłady cierpliwości. Piskliwy głos tej upierdliwej baby koszmarnie go irytował, mimo wszystko pozwolił, by nadal mówiła. W końcu był bohaterem, dbającym o dobro każdego z mieszkańców.
–…ale oni to tak tylko gadają coś o jakichś procedurach, że normalny człowiek migreny dostaje od tego ich bełkotu. A ja chcę tylko wiedzieć, kiedy będę mogła sprawdzić mojego syna i męża. Wie pan, tak zobaczyć jak im się tam żyje, czy jeść dobrze dostają.
Zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu świszczącym oddechem interesantki. Isao sapnął ciężko i wyprostował się w fotelu obitym szkarłatnym aksamitem. Od niechcenia zerknął na notatkę zostawioną przez jednego z asystentów. Starannym pismem nakreślono ogólnie sprawę, z jaką zgłosiła się kobieta. Całość opatrzono dodatkowo szczegółowymi informacjami o rodzinie.
Czterdzieści trzy lata? Nieco zbyt gwałtownie podniósł wzrok znad czytanego tekstu, by jeszcze raz zerknąć na swojego gościa. Ledwie powstrzymał się od skrzywienia; ta kobieta samą swoją obecnością godziła w poczucie estetyki. Jej nalana twarz, z głębokimi bruzdami po krostach, przypominała wyschniętą pomarańczę – nawet kolor był podobny. Każdy, nawet najmniejszy, ruch kołysał obwisłą skórą na ramionach. Szpetna. Nie pasuje do Całości, pomyślał nieco przygnębiony, wracając do czytania.
Ze schludnie sporządzonego raportu wyłaniał się obraz przeciętnej, trzyosobowej rodziny, której główne środki do życia pochodziły ze sprzedaży rękodzieła. Yamanaka usatysfakcjonowany pokiwał głową – zawsze pochwalał zarabianie na życie poprzez sztukę. Syn skończył już dziewiętnaście lat, jednak nie wykazywał żadnych zdolności bojowych i nie przeszedł nawet podstawowego szkolenia z zakresu obrony wewnętrznej. Mąż, mimo młodego wieku, cierpiał na zaawansowany reumatyzm. Latem tego roku zostali wysłani do Wieży Radości, by spełniać swój obywatelski obowiązek względem Kraju Ognia. Isao zatrzymał wzrok na jednym akapicie:
„Eksperymenty numer 093. i 113. zakończone niepowodzeniem, ciała oddane do utylizacji 10. października”.
Całość przyjęła ich z otwartymi ramionami, jednak nie byli godni, by zostać częścią naszego idealnego świata.
Wyraźnie poruszony wyjął z biurka zdobny papier, chaotycznie składając swoje myśli w zdania. Pozłacana stalówka pióra zatrzeszczała, kiedy złożył zamaszysty podpis. Przyjrzał się temu, co napisał i zmarszczył nieznacznie brwi, zaciskając szczęki. Nieostrożnie zostawiał za sobą ślady, choć na każdym kroku przypominał o konieczności zachowania wszystkiego w ścisłej tajemnicy. Jeśli bezmyślność była przymiotem głupców, to powinien sprawić sobie koronę. Nie pojmował, jak mógł pozwolić, by podekscytowanie wzięło górę, spychając czujność na drugi plan.
Był tak blisko, aby raz na zawsze uleczyć ten świat. Niemal trzymał w dłoniach remedium na wszelkie smutki i bolączki. To miały być przecież przełomowe badania – stuprocentowy sukces. Wystarczyło kilka drobnych poprawek, żeby mógł rozkoszować się wiecznym szczęściem, jakie daje przynależność do Całości.
Był tak blisko.
Wiedział, że jeśli szybko nie przejdzie do działania, to cała sprawa zacznie cuchnąć. A smród ściągnie mu na kark wściekłe psy z Konohy. Będą wokół niego węszyć; zadawać pytania, na które nie miał ochoty odpowiadać. Zdążył stworzyć swój własny raj na zgliszczach tego, co pozostawiła po sobie Trzecia Wielka Wojna Shinobi. Nie miał zamiaru dzielić się tym szczęściem z brudnymi kundlami wojny. W jego wizjonerskiej sztuce brakowało miejsca dla żądnych krwi potworów.
– Czy wszystko dobrze, panie kapitanie?
Isao wyrwawszy się z chwilowego zamyślenia, spojrzał na kobietę ze współczuciem i ujął jej ogromną dłoń, całując palce przypominające oślizgłe węgorze. Próbował, aby ten niewielki gest wyglądał na niewymuszony, jednak odrobinę czuły.
– Mam dla pani złe wieści, pani… – zaczął miękko. Zawiesiwszy głos, raz jeszcze przebiegł wzrokiem po notce, by odszukać nazwisko kobiety. – Pani Akanishi. Mogę jedynie uraczyć panią takim samym bełkotem, jak moi współpracownicy. Nie zezwalamy na żadne wizyty. Sama pani wie, że syn, Tadao, szkoli się w akademii, by zostać jednym z elitarnych Strażników Ognia. Zapewniam panią, że idzie mu doskonale i niedługo wróci do domu w mundurze. – Zrobił krótką pauzę, by zaczerpnąć powietrza. Kobieta patrzała na niego, marszcząc brwi. – Natomiast małżonek, Tadashi, jest naszym najlepszym cieślą. Nie możemy tak po prostu zmarnować jego talentu. Proszę pamiętać, że wszystko, co tu robimy, robimy dla Całości. – Posłał jej jeden z tych wyuczonych uśmiechów, które zawsze przemawiały do miękkich serc prostaczków.
Akanishi nie wyglądała na przekonaną. Wydęte usta i pionowa zmarszczka na czole nadawały jej twarzy rybiego wyrazu.
– Nie rozumiem... Skoro są wam tak potrzebni, to czemu trzymacie ich zamkniętych jak zwierzęta?! – wybuchła nagle, wyrywając dłoń z uścisku długich, smukłych palców. Poderwała się z krzesła, grożąc Yamanace zaciśniętą pięścią. – Gadaj!
– Nic na to nie poradzę – oparł ze skruchą.
– To, co robicie, jest obrzydliwe! Rozbijacie szczęśliwe rodziny! Wysyłacie tam ludzi, ale nikt nigdy nie wraca! A ja wam wierzyłam… My wam wierzyliśmy!
– Takie rozkazy z góry – mruknął zawstydzony, stukając w zawiązany na czole ochraniacz z emblematem Konohy.
Obserwował jak twarz jego rozmówczyni nabierała purpurowego odcienia. Akanishi nie mogła skupić wzroku na jednym obiekcie. Zamykała i otwierała usta, niezdolna wyartykułować żadnego słowa. Jej wielkie piersi unosiły się w rytm płytkiego oddechu, zaś dłonie to zaciskała, to znów rozluźniała. W końcu ryknąwszy głucho, zwiesiła głowę i opadła ciężko na krzesło, które zaskrzypiało w proteście.
– Oni mogą już nie żyć.
– Znając okrucieństwa moich braci – skrzywił się, jakby to jedno słowo było najgorszym przekleństwem – to całkiem możliwe…
Zduszony jęk wyrwał się z piersi kobiety, gdy upadła na kolana. Zacisnęła dłonie na krawędzi biurka aż zbielały jej kłykcie. Galaretowate ciało drżało, wstrząsane szlochem.
Isao, w niemym zachwycie, przyglądał się całej scenie. W końcu ujrzał prawdziwe piękno, zamknięte do tej pory w obrzydliwej, ludzkiej powłoce. Twarz wykrzywiona grymasem bólu, oczy, w których zgasła cała nadzieja, ekspresja ciała zniekształconego przez spazmy szlochu – przypominały najdoskonalsze arcydzieło. Yamanaka miał ochotę zerwać się z miejsca, chwycić za pędzel i… utrwalić ten akt czerwienią. Oblizał wargi, zastukał nerwowo palcami o biurko. Potrzebował farby.
– Pani Akanishi – wymamrotał ochryple – nie mogę znieść pani cierpienia. Zrobię coś okropnego, złamię wszystkie zasady, ale – zaklinam panią – niech to zostanie między nami! Proszę.
Oniemiała Akanishi nie zdążyła wykrztusić z siebie ani pół słowa. Isao pojawił się przy niej nagle; pomógł wstać z podłogi i nawet poprawił jej suknie. Musnął palcami czoło, odgarniając z niego niesforny pukiel. Był piękny jak książę utkany z najskrytszych sennych marzeń. Szlachetne rysy twarzy współgrały z oczami o niespotykanej barwie błękitu. Taki kolor miało tylko czyste niebo nad szczytami w Kraju Gór. Jasne kosmyki otaczały miękko policzki. Harmonia, wyrozumiałość, dobroć – kapitan Yamanaka był uosobieniem tych cech. Nieskazitelny. Idealny. Przywódca, na którego czekali, poprowadzi ich ku Całości.
– Chodź ze mną – wyszeptał. – Zaprowadzę cię do twojej rodziny.
Wyszli na długi korytarz oświetlony blaskiem kinkietów z żarówkami ucharakteryzowanymi na kształt płomyków. Minęli obraz pyszniący się w zdobnej ramię, od jakiej biła złotawa poświata. Przedstawiony na nim mężczyzna w sile wieku, spoglądał surowo spod białego kapelusza. Szpiczasta bródka została przyprószona siwizną. Pod ciemnymi oczami uwidaczniały się dwie pionowe zmarszczki. Na tabliczce pod portretem wygrawerowano napis:
„Nasz bohater: Trzeci Hokage, Sarutobi Hiruzen. Niech Wola Ognia nigdy w nim nie zgaśnie”.
1. Obowiązki
Stała wyprostowana, lewą dłonią obejmując rękojeść katany. Wzrok zogniskowała na bliżej nieokreślonym punkcie przed sobą – wysoko, ponad głowami wszystkich, którzy znajdowali się w tym pomieszczeniu. Nie mrugała nawet wtedy, gdy papierosowy dym szczypał bezlitośnie w oczy. Ignorowała żałosne skomlenia, dzikie krzyki i rozpaczliwe błagania. Mimo że te błagania wżerały się głęboko w podświadomość, napędzając w nocy niekończące się koszmary.
Stała nieruchomo jak zaklęta w kryształ, obdarta z człowieczeństwa – pozbawiona wszystkiego, co łączyło ją z tym obcym światem na zewnątrz. Nie pamiętała nawet swojego imienia. Teraz była Szóstką. Szóstka na płacz reagowała agresją, a litość uznawała za najgorsze możliwe upokorzenie. Nienawidziła wyjętych spod prawa szczurków, dlatego tak bardzo angażowała się w przesłuchania. Mogła dać upust swoim żądzą.
Szóstka nie była płaczliwą dziewczynką, która zamykała oczy i udawała, że zło nie istnieje.
– Wystarczy, Dwójka. – Spokojny głos Ibikiego przedarł się przez zwierzęce kwilenie, które w jednej chwili dobiegło końca. Można było usłyszeć tylko rzężący oddech i miarowe kapanie. – Zobaczymy, co teraz powie nam nasz koteczek.
– Pierdolcie się!
Wszystko zdarzyło się nagle. Ktoś splunął. Ktoś inny warknął. Huknęło głucho. Krzyk. Coś ciężkiego zwaliło się na posadzkę. Cisza. Zgrzytnął metal. I znów krzyk. Wyglądało to jak starannie zaplanowany schemat. Cisza, krzyk, cisza, krzyk. Upiornie przypominało znajomą rutynę. A potem był śmiech. Tak śmiać się mógł tylko zaszczuty człowiek, będąc o krok od postradania zmysłów. Albo potwór czerpiący przyjemność z ludzkiej tragedii.
– Niczego się jeszcze nie nauczyłeś? – Ibiki westchnął przeciągle. Wydawał się znudzony, może nawet poirytowany, całym tym przedstawieniem. Od kilku godzin próbowali wydusić z więźnia choćby jedno słowo, niestety z marnym skutkiem. Zabrzmiał dźwięk odpalanej zapalniczki. – Szóstka, twoja kolej.
Drgnęła. Nagle poczuła nienaturalną suchość w ustach. Wzmocniła ucisk na rękojeści, jakby chciała się upewnić, że katana nie wyparowała w przeciągu tych kilku chwil. Miała wrażenie, że żołądek zwinął się w supeł i podszedł do gardła niczym lepka, dławiąca gula. Znała zbyt dobrze to uczucie rozchodzące się po ciele jak zaraza, paraliżujące wszystkie kończyny, odbierające dech.
Bała się.
Jesteś Szóstką, upomniała się gwałtownie, zachowuj się, jak na Szóstkę przystało.
Dopiero teraz oderwała wzrok od wyimaginowanego punktu znajdującego się gdzieś pomiędzy sufitem a ścianą. Potrząsnąwszy nieznacznie głową, odganiając tym prostym ruchem resztki sumienia, postawiła pierwszy krok.
Ćwiczyli to z Dwójką wiele razy, jeszcze za nim przystąpili do pierwszego przesłuchania. Mijali się w tym samym momencie, gdy każde z nich stawiało czwarty krok. Bez słowa patrzyli sobie w oczy i z tych spojrzeń można było wyczytać wszystko: przyzwolenie na dokończenie dzieła; obietnice, że cały wysiłek nie pójdzie na marne.
„Jest twój. Wiesz, co masz z nim zrobić.”
„Oczywiście. Nie musisz mnie pouczać.”
Sala przesłuchań zawsze przyprawiała ją o dreszcze, mimo że budziła skojarzenia ze sterylnym, szpitalnym pokojem. W tym niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien niemal wszystko biło po oczach połyskliwą bielą. Nawet barwa światła była oślepiająco jaskrawa. Tylko czarny stół ustawiony na środku – tuż pod kinkietem z żarówką stylizowaną na płomień – wydawał się krzykliwie kontrastowy, skupiając na sobie całą uwagę. Po jego jednej stronie ustawiono fotel obity skórką, po drugiej zwykły taboret na trzech chybotliwych nóżkach, bez żadnego oparcia.
Stanęła przy swoim mistrzu, powtarzając zawzięcie, że jest Szóstką. Ibiki zblazowany ćmił papierosa wypalonego do połowy. Siedział rozpostarty wygodnie w fotelu z rękoma skrzyżowanymi za głową. Nogi miał niedbale zarzucone na stół. Podeszwą buta trącał popielniczkę wypełnioną niedopałkami zagrzebanymi w popiele. Wśród szarości trzy zęby lśniły czerwienią.
Podziwiała swojego mistrza za spokój i rezerwę, z jaką podchodził do przesłuchań. Sama nie potrafiła zebrać się na odwagę, by zlustrować więźnia. Póki co wystarczał jej widok bezkształtnej masy skulonej na stołku. Ciężko było dostrzec w nim jakiekolwiek ludzkie cechy. Nie widziała, żeby się poruszał. Nie słyszała jego oddechu. Mogła sobie z łatwością wmówić, że to jedynie sterta skotłowanych łachmanów albo stara marionetka porzucona przez właściciela. A przecież gdzieś tam był człowiek.
Odetchnęła głęboko i od razu tego pożałowała. Teraz z pełną wyrazistością dotarł do niej odór moczu i fekaliów, zmieszany ze smrodem tężejącej krwi. Prawie czuła w ustach smak zbierających się wymiocin, a nogi momentalnie zmiękły, zmieniając się w bezużyteczną watę, która ledwie potrafiła utrzymać ciało.
Jesteś Szóstką! Poza tym pokojem nie masz innego życia!
Przełknęła ślinę i niby od niechcenia spojrzała na dzisiejszą ofiarę.
Zadziwiała ją pozycja, w której znajdował się więzień – kucał na zydlu, pochylony nieznacznie ku stołowi, a ekskrementy, przeciekające przez nogawkę spodni, brudziły bose stopy. Twarz ukrył za kolanami, a poprzetrącane palce wczepił w skołtunione włosy. Cały czas trwał w absolutnym bezruchu, aż momentalnie ryknął dziko i poderwał głowę, jakby wyczuł natrętne spojrzenie. Z ust toczył krwawą pianę.
Nie potrafiła powstrzymać zduszonego jęku, który wydobył się z gardła. Cały świat ograniczył się nagle do pary ciemnych oczu wlepionych w nią z wyrzutem – wręcz jawnym oskarżeniem za wszystko, co dziś się wydarzyło. Chciała krzyczeć tak głośno, by usłyszeli ją w całym budynku. Chciała błagać tak długo, aż w końcu przerwaliby to szaleństwo. Musieli go wypuścić. Teraz! Natychmiast!
Wyglądała jak trawiona gorączką. Zbladła i nie potrafiła opanować drżenia całego ciała. Miała wrażenie, że ktoś wymierzył jej silne kopnięcie w brzuch. Nie była w stanie złapać tchu. Chciała jedynie zwinąć się w kłębek i zapomnieć – o wszystkim. Zwłaszcza o tych boleśnie znajomych, ciemnych oczach.
Spod opaski zawiązanej na czole spływały krople potu. Kosmyk rudych włosów przykleił się do kącika ust.
– Chciałabym mieć kryształową popielniczkę. – Ibiki zagasił papierosa na jednym z zębów.
To jedno zdanie podziałało jak kubeł zimnej wody. W jednej chwili przypomniała sobie hasło ustalone na samym początku pracy. Był to sposób, w jaki Ibiki przywoływał ją do porządku. Zbyt wiele odkrywasz swoją mową ciała, ostrzegał. Sprawdzał jednocześnie czy nadal dawała radę uczestniczyć w przesłuchaniu. Mogła odpowiedzieć: ktoś by pomyślał, że ma pan zbyt duże wymagania, mistrzu. Wtedy wszystko by się skończyło. Zawlekliby podejrzanego do celi, a cały proces powtórzyłby się na nowo następnego dnia. Jednak tym razem bez skazańca. Przechodziliby przez każdą fazę w dokładnie ten sam sposób, odwzorowując schemat szczegół po szczególe, żeby wyłapać wszystkie błędy.
Zamiast powiedzieć swoją część hasła, zamknęła oczy i przegryzła język aż poczuła metaliczny smak krwi. Odchrząknęła. Spocona dłoń, zaciśnięta na katanie, drżała z wysiłku.
Przesłuchania były przecież jej obowiązkiem.
– Sprawia nam problemy? – Własny głos zabrzmiał w jej uszach obco. Był nieprzyjemnie chrapliwy i chłodny. – Mogę go już zmienić w kryształową figurkę?
Niby od niechcenia złożyła dłonie w pieczęć barana, wykorzystując wilgoć w powietrzu, by zmaterializować wokół siebie kryształowe drobinki mieniące się w sztucznym świetle.
– Zanim to zrobisz, powinnaś pokazać naszemu przyjacielowi, jakie piękne jest kekkei genkai klanu Amemori. – Ibiki machnął ręką w kierunku Dwójki, który zajmował miejsce po lewej stronie drzwi. Wpatrywał się w punkt pomiędzy sufitem a ścianą. – Zrób z siebie w końcu użytek i przynieś nam nasz obiekt testowy.
Ten kiwnął bez słowa głową i wymsknął się przez ledwie uchylone drzwi, by wrócić po chwili ze szczurem wijącym się w dłoniach.
Przełknęła nerwowo ślinę.
♦
Mimo swojej dobrej lokalizacji, trzecie pole treningowe od lat nie cieszyło się szczególną popularnością. Mieściło się na wschód od głównej bramy, skąd brukowana alejka prowadziła w głąb lasu. Była to niewielka polana otoczoną gęsto drzewami, z przecinającą środek srebrzystą serpentyną płytkiego strumienia. Dominującym elementem wydawała się rosnąca pośrodku, olbrzymia jabłoń. Jej potężne gałęzie rozkładały się nad przejrzystą taflą potoku, rzucając na wodę postrzępiony cień.
Trzecie pole treningowe zawsze wyglądało na pogrążone w spokoju. Jedynie ustawiona przy brzegu betonowa płyta, która zdawała się wyrastać z podziemi, nie pasowała do otoczenia, strasząc jak porzucony, kuriozalny nagrobek. Dopiero przy dokładniejszym obejrzeniu można było dostrzec marmurowy podest i wyżłobione w kamiennej płycie napisy. Pomnik pamięci poległych bohaterów zaniedbywano całymi latami.
Ciepłe powietrze przeszło słodkawym zapachem kwiatów późnego lata, a promienie słońca rozjaśniały betonowy blok upodabniając go do błyszczącego kryształu. Mimo tego atmosfera pozostawała przytłaczającym połączeniem żalu i bezradności. To miejsce od lat łączyło pokolenia shinobi i cywilów, napełniając serca wszystkich jednakowym, niewyobrażalnym bólem straty.
Kakashi złożył bukiet kwiatów u stóp płyty i pochylił głowę, chowając ręce do kieszeni.
Przepraszam, że tak długo mnie nie było. Chyba znowu zabłądziłem na drodze życia. Zaśmiał się gorzko. Te słowa powinny brzmieć jak żart, były jednak upiornie prawdziwe.
Po ataku dziewięcioogoniastej bestii na Konohę niechętnie przychodził pod pomnik poległych bohaterów. Nadal czuł się winny, gdy tylko spojrzał na wyryte nazwisko: Uchiha Obito. W dodatku wyrzuty sumienia wzmagały się za każdym razem, kiedy pomyślał o Rin lub zwątpił w siłę przyjaźni i pracę zespołową. A ostatnio przestawał wierzyć, by przyjaźń miała jakiekolwiek znaczenie w świecie shinobi. Było to jedynie puste słowo, po wypowiedzeniu którego w ustach pozostawał niesmak. Sama praca zespołowa jawiła się jako mistyczne zjawisko niemożliwe do osiągnięcia. Ludzie byli zbyt różni, zbyt nieprzewidywalni, by potrafili znaleźć wspólny język. Zaczął wracać na ciemną ścieżkę bezwzględnego wykonywania rozkazów. Znów liczyła się dla niego jedynie dobrze wykonana misja, nieważne jakimi kosztem.
Nie został mu jednak nikt bliski, kto wyciągnąłby rękę i ponownie nakierował na właściwy tor. Obito, Rin, mistrz Minato – Kakashi zabił ich wszystkich.
Radzę sobie całkiem nieźle, chociaż… Odchyliwszy głowę, odetchnął głęboko. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo przyjemny.
Od czasu zakończenia Trzeciej Wielkiej Wojny Shinobi przybyło poległych bohaterów. Na kamiennej płycie robiło się coraz ciaśniej, a przy końcu listy raziło w oczy: Namikaze Minato, które było niczym więcej tylko solą sypaną na otwarte rany. Kuło w oczy nie mniej niż osiem lat temu. Kakashi nadal zastanawiał się co by było, gdyby tylko przeciwstawił się rozkazom. Czy mógłby zmienić bieg wydarzeń? Sumienie boleśnie przypominało, że zamiast ruszyć do działania, stał tam jedynie, będąc bezradnym świadkiem piekła rozgrywającego się na jego oczach.
Znów zawiódł.
Przyszłość Kraju Ognia wyglądałaby zdecydowanie jaśniej, gdyby sławny Żółty Błysk Konohy nadal oświetlał im drogę. Po śmierci Minato wiele się zmieniło zarówno w samej wiosce, jak i w życiu Kakashiego.
Ukucnąwszy przed pomnikiem, próbował zetrzeć osad nagromadzony w wyżłobionych nazwiskach.
…zbyt wiele rzeczy wydarzyło się na raz. Nagle zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech.
Wszystko zaczęło się od starego weterana – Kohaku Amachiego, który mimo zrzeknięcia się stanowiska dowódcy na rzecz Kakashiego, nadal pozostawał częścią oddziału Rō. Kohaku był szanowanym shinobi, działał w ANBU zanim otrzymał stopień chūnina, a o jego zasługach dla Kraju Ognia uczono dzieciaki w Akademii. Był postacią niemal tak wspaniałą jak sam Hokage, a legendarni sannini na jego tle wydawali się tylko narwanymi wyrostkami. Tylko dzięki tej z pozoru nienagannej reputacji, wszyscy przymykali oko na pożerający go nałóg. Kiedy kilka dni po ataku ogoniastej bestii, znaleziono Kohaku martwego w kałuży własnych wymiocin, nikt nie wyglądał na zaskoczonego.
Przepraszam, mistrzu, wygląda na to, że wychowałem go na zimnokrwistego drania, takiego samego jak ja.
♦
Kiedy wyszli z sali przesłuchań, kręciło jej się w głowie, a żołądek nadal nie wrócił na swoje miejsce. Poczuła jednak niewysłowioną ulgę, gdy owiał ją znajomy zapach fiołkowego detergentu do podłóg, a jaskrawa biel został zastąpiona przez stonowaną zieleń.
– Wszystko w porządku, Nao?
Osamu położył dłoń na jej ramieniu. Za tamtymi drzwiami szczelnie zamknęli Dwójkę i Szóstkę, pozostawiając ich psychopatyczne osobowości uwięzione wśród bieli ścian. Ibiki bez przerwy powtarzał, że to, co dzieje się w pokoju przesłuchań, zostaje w pokoju przesłuchań. Tera, uwolnieni od jaskrawej bieli ścian, znów byli sobą, dwójką chūninów z dwóch znanych klanów – Amemori Naoko i Inuzuka Osamu.
– Tak, pewnie. Wszystko dobrze. – Pokiwała głową, siląc się na uśmiech. – Nie myślałam tylko, że to będzie aż takie… trudne.
Osamu jedynie zmarszczył brwi, ale niczego więcej nie powiedział. Z reguły był bardzo skryty i rzadko kiedy się odzywał, a jego nienaturalny spokój nieraz przyprawiał Naoko o dreszcze.
Miała wrażenie, że korytarz ciągnął się w nieskończoność. Mijała rzędy drzwi, ustawionych ciasno obok siebie, przeplatanych niewyraźnymi obrazami w surowych ramach. Gdzieś, jakby z oddali, dochodził do niej głos kolegi. W końcu wdrapawszy się po schodach, wpadła do niewielkiego gabinetu, który dzieliła razem z Osamu. Dopadła do otwartego okna, oparła dłonie o parapet i chłonęła czyste, rozgrzane powietrze letniego popołudnia. Wiatr rozwiał rude włosy.
Tęskniła za czasami kiedy razem z Kotetsu i Izumo tworzyli drużynę szóstą. Wtedy pod opieką mistrzyni Kaneshiro wykonywali zadania dopasowane do poziomu ich umiejętności. Nie przyjmowali do wiadomości, że mogą czemuś nie podołać. Same misje wydawały się o wiele prostsze i Naoko nie traciła w nocy snu, zastanawiając się, czy to, co robiła na pewno było etyczne. Łatwiej walczyć z wrogiem jak równy z równym, niż torturować zastraszonego człowieka.
Ibiki powtarzał, że takie dylematy na początku pracy były czymś zupełnie normalnym. Za każdym razem podkreślał, że wszystko co robili, odbywało się ze zgodą samego Hokage, który ustalił granice, jakich nie mogli przekraczać.
Kiedy Kakashi wszedł do kwiaciarni, głośna paplanina ucichła w jednej chwili. Wysoka kobieta stojąca przy ladzie, zamarła z niemądrze otwartymi ustami. Po chwili kłapnęła buzią aż zgrzytnęły zęby i mocniej ścisnęła rękę małego chłopczyka, który z zapałem skubał listki stojącego nieopodal storczyka. Klientka spojrzała na Yamanakę zniecierpliwiona i czym prędzej odebrawszy swój bukiet, wypadła z kwiaciarni bez słowa pożegnania, ciągnąc za sobą zdezorientowane dziecko.
Kakashi poczuł się nagle niewytłumaczalnie zmęczony. Zdjął maskę ANBU i przetarł twarz.
– Niewygodnie? – Makoto uśmiechnęła się pogodnie, dołączając narcyza do prostego bukietu z białych, żółtych i czerwonych kwiatów. – Musi być ci gorąco przy takiej pogodzie, w tym stroju, Kakashi… – Spojrzała na niego zatroskana. – Ani dnia wolnego?
– Musimy być zawsze gotowi, to nasz obowiązek. – Wzruszył jedynie ramionami, obserwując jak zręczne ruchy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz